.
wtorek, 25 maja 2010
Była noc. Daleko na horyzoncie stał jeździec zamachał flagą i odjechał. To był znak. Zaczęło się. Jesteśmy w dupie powiedział do siebie Slainin. Miał racje, nawet nie wiedział jak bardzo. W twierdzy było tylko dwa tysiące zdolnych do walki mężczyzn, a tam, za wzgórzem dziesięć razy tyle, wyszkolonych w sztuce zabijania wojowników. O świcie wszystko miało się zacząć. Zapasów żywności starczy spokojnie na miesiąc, ale kto po takim czasie będzie jeszcze przy życiu? Nikt. Jeszcze nikt nie przeżył oblężenia przez tych dzikusów, zwłaszcza kiedy prowadzi ich sam Al'Hazim. Tylko cud może nasz ocalić, ale cuda się nie zdarzają, nie jemu. Slainin stał jeszcze tak przez chwilę w oknie po czym zaczął się szykować. Szykować na śmierć. Zbroja wciąż wyglądała znakomicie. Błyszcząca, ze złotymi zdobieniami, z najlżejszych stopów metali, a przy tym twardsza niż skała. Bez draśnięć, bez wgnieceń. Wyglądała dokładnie tak samo jak w dniu pierwszej bitwy. Miecz, przekazywany z ojca na syna, pamiętał jeszcze początki pierwszej ery. Po jego ostrzu spływała krew pierwszych najeźdźców, a mimo to wciąż był ostry. Slainin poprawił jeszcze raz wszystkie pasy i sprzączki, wsunął miecz do pochwy u pasa, wziął hełm pod pachę i wyszedł. Słońce już się obudziło ze swego snu i pokazało swe pierwsze promienie. Na dziedzińcu zebrali się wszyscy zdolni do walki. Większość stanowili chłopcy w wieku trzynasty, może czternastu lat. Nie znali się na walce, ale wiedzieli, że muszą walczyć, żeby przeżyć. Każdy z nich miał miecz. Starsi, którzy umieli posługiwać się łukiem stanęło na murach. Na zielonej równinie pod twierdzą już stanęły katapulty, trebusze, wieże oblężnicze. Żołnierze Al'Hazima już gotowali się do walki. Słychać było ich śmiechy, ich pieśni zagrzewające do walki.
c.d.n.
