Doris jechała już od dwóch tygodni na swoim koniu, Płotce. Była okropnie wyczerpana, zapasy żywności skończyły się dwa dni temu, a woda w bukłaku pozostała tylko w ilości kilku kropel. Była głodna, spragniona i zmęczona. Marzyła tylko o tym aby znaleźć się w jakiejś karczmie i zaspokoić swój głód, i pragnienie, i zasnąć długim, mocnym snem. Niestety, dookoła był tylko piasek. Na horyzoncie nie widać było ani żadnego miasteczka, ani też żadnej żywej duszy. I tak Doris błądziła od czternastu dni po pustyni. Najgorsze było słońce. To ono paliło jej skórę. To ono sprawiało, że bolały ją oczy i to przez nie była tak zmęczona. Na prawdę miała już tego dość. Na szczęści już zmierzchało. Noc będzie zimna, pomyślała Doris. To jedyna pociecha tutaj po tak upalnym dniu. Podniosła głowę i zobaczyła oazę. Na początku myślała, że to zwidy, ale nie, ona na prawdę tam była, a przy niej trzech mężczyzn poiło swoje konie. Podjechała do nich na bezpieczną odległość i z wycelowaną kuszą na największego z mężczyzn krzyknęła.
- Nie szukam zwady. Chcę tylko napoić swojego konia i uzupełnić zapasy wody, więc bądźcie tak mili i odsuńcie się trochę. Nie chcę żeby wam coś się stało. - Ledwo trzymała kuszę, ale wiedziała, że jeżeli będzie musiała walczyć to zrobi to. Walka nie potrwa długo. Ona jej nie przeżyje. Mężczyźni po krótkiej wymianie zdań w niezrozumiałym języku odsunęli się od wodopoju. Doris odczekała jeszcze chwilę, tak dla pewności, i podjechała. Gdy Płotka schyliła się aby napić się wody, Doris spadła. Zemdlała z wycięczenia.
***
Obudziła się w pokoju. Nie do końca wiedziała gdzie jest i w ogóle co się stało. Czuła się dobrze jednak była bardzo osłabiona. Usiadła na łóżku, zorientowała się, że ma na sobie zwiewną, lnianą koszulę. Rozejrzała się po pomieszczeniu. Zaraz obok łóżka, na krześle, leżały jej czyste i starannie złożone ubrania. Broń była oparta o krzesło. Z drugiej strony pokoju, na stoliku stał dzbanek z wodą i śniadanie. Doris nie miała sił żeby się podnieść z łóżka i sięgnąć po wodę. Opadła na słomiany materac i zasnęła. Obudziła się następnego dnia. Czuła się już znaczenie lepiej i nawet miała ochotę wstać z łóżka i przejść się po pokoju. Wstała i zobaczyła, że nie jest sama w pomieszczeniu. Na krześle przy drzwiach siedziała mała dziewczynka w wieku mniej więcej dziesięciu lat. Była drobna, a jej śliczna buźka zasłonięta ciemnymi, falowanymi włosami, uśmiechała się. Miała w sobie coś dziwnego, coś jakby wcale nie była dzieckiem. Jej oczy. Jej oczy, nie pasowały do tego dziecka. Wyglądały jak oczy starszej osoby zmęczonej życiem, a raczej bagażem doświadczeń jakie to życie jej zaoferowało. Było jeszcze coś co nie pasowało do reszty w tej dziewczynce. Zdecydowanie nie była stąd.
- Jak masz na imię? - zapytała mała dziewczynka.
- Doris, a ty?
- Judi. Skąd jesteś? - Doris pod wpływem tych pytań poczuła się jak na jakimś przesłuchaniu. Czy ta mała dziewczynka nie wie, że ledwo otarłam się o śmierć i teraz chciała bym tylko odpocząć.
- Znikąd. - odpowiedziała - Możesz mi powiedzieć co to za miejsce?
- Chyba nie powinnam, ale z drugiej strony niedługo i tak się dowiesz, więc co mi szkodzi. Jesteś w świątyni Matki Życia i Śmierci.
- Gdzie? - zdziwiła się Doris. Nigdy wcześniej nie słyszała o żadnym podobnym kulcie w tej części północnego Emiratu.
- No w świątyni. Nie martw się tu jest fajnie.
W tym momencie ktoś delikatnie zapukał w drzwi i nie czekając na pozwolenie wszedł. Była to dosyć młoda kobieta, w jasnych szatach.
- Witaj, nazywam się Vera, jestem starszą siostrą Matki Życia. Widzę, że już nie śpisz, więc może ubierzesz się zejdziesz na dół, wszystkie siostry już na Ciebie czekają.
- Dziękuję siostro. Zaraz zejdę, powiedź mi tylko co tutaj robię.
- Oh, nie pamiętasz. Tydzień temu trzej mężczyźni przywieźli cie tu. Byłaś w stanie skrajnego wyczerpania, gdyby nie oni pewnie byś zmarła. No, ale przywieźli Cie tutaj, a my się tobą zaopiekowaliśmy.
- Dziękuję. Oczywiście za wszystko zapłacę i jak tylko będę wstanie wsiąść na konia to nie będę wam przeszkadzać i pojadę w swoją stronę.
- Oczywiście, zrobisz jak ze chcesz, ale nam tutaj nie przeszkadzasz. Rzadko mamy gości i cieszymy się z każdych odwiedzin. Ale już wystarczy tego gadania. Razem z innymi siostrami będę na ciebie czekała w głównej sali.
Doris wstała z łóżka. Sprawiło jej to trochę problemu, bo dalej była osłabiona.
Chciała się ubrać, ale przypomniała sobie, że mała dziewczynka nadal jest w pokoju.
- Mogła byś wyjść, chcę się ubrać.
- One wcale nie są takie miłe. - odpowiedziała, jakby zupełnie nie słyszała tego co mówi Doris. - One chcą Cie wykorzystać, zrobią z Ciebie ofiarę, a ty będziesz mogła tylko wybrać dla której matki chcesz złożyć ofiarę.
- O czym ty mówisz?!
- Lepiej się pospieszmy, jestem już trochę głodna. - Doris wydawało się, że dziewczynka gada zupełnie bezsensu i chyba sama nie zdaje sobie sprawy co mówi. Kiedy drzwi zamknęły się za Judi, mogła w spokoju się ubrać. Nie było to łatwe, ale w końcu jej się udało. Wyszła ze swojego pokoju, poszła korytarzem na prawo aż dotarła do spiralnych schodów. Zeszła po nich trzymając się poręczy. Schody od razu prowadziły do wielkiej sali. Wtedy usłyszała po raz pierwszy głos Wielkiej Matki. Świat zaczął jej wirować. Kolana odmówiły jej posłuszeństwa i nie utrzymały ciężaru ciała. Upadła. Zaczęła rzucać się po kamiennej posadzce, a z jej ust zaczęła sączyć się piana.
- Widzicie siostry! To ona! To jest nasza wybranka! - po całej sali rozległ się donośny głos. Bez wątpienia była to Wielka Matka. Zeszła ze swojego ciężkiego fotela, ustawionego na końcu stołu i powolnym krokiem zbliżyła się do Doris. Pochyliła się nad nią i rzekła - Siostry! Musimy zabrać ją do Matki...
- Śmierci - dokończyła za nią Doris. W tym momencie jej sztylet wbity w podbródek sięgnął już mózgu i zakończył żywot Wielkiej Matki. Korzystając z zaskoczenia jaki wywołała, Doris szybko podniosła się z ziemi i ściągnęła szaty które dostała od sióstr. Chwyciła Judi, która stała przy kolumnie obok, za rękę i razem z dziewczynką ruszyła w stronę wyjścia. Zanim inne siostry zareagowały, Doris i Judi jechały już przed siebie, za plecami zostawiając świątynie Matki Życia i Śmierci, która już nikomu nie zrobi krzywdy.
Etykiety: Bajki