Robert E. Clayton cz.1
czwartek, 29 kwietnia 2010
1:21 A.M.,
Washington D.C.
Robert wciąż siedział w swoim biurze na 12 piętrze wieżowca przy New Hampshire Ave. Jego biurko, na którym zwykle panuje nienaganny porządek teraz było zapełnione stertą chaotycznie rozrzuconych kartek papieru sygnowanych firmową pieczątką, taczki walały się po całym gabinecie. Robert choć zawsze spokojny i starannie ubrany teraz był niespokojny. Marynarka już dawno została rzucona na kanapę, a koszula przepocona, pognieciona i porozpinana. Gdyby teraz ktoś wszedł do jego gabinetu pewnie by go nie poznał. Ludzie przywykli do jego pedantyczności, do jego dbałości o najmniejsze szczegóły. Nazywali go angielskim hrabią, przez jego nienaganne maniery. No właśnie, ale gdyby ktoś teraz wszedł do jego gabinetu, co wtedy? Nie powinno go tu być, a już na pewno nie z tymi wszystkimi papierami. Takie myśli nie dawały mu spokoju. Krążyły po jego głowie i nie chciały jej opuścić, wtedy zaczynał się bardziej pocić. Wiedział jedynie, że to co robi jest słuszne i bez względu na konsekwencje musi to robić dalej. Kończył już skanować jedną kupkę dokumentów, to go trochę pocieszyło, że już coś zrobił i może zdąży z tym wszystkim do czasu, aż nie zaczną przychodzić do pracy pierwsi pracownicy. W pokoju panował półmrok. Clayton siedział siedział przy zapalonej na biurku lampce, nie chciał zwracać zbytniej uwagi, na pewno nie teraz. Wiedział, że musi się pospieszyć. Drzwi do gabinetu otworzyły się. Już było za późno. Do środka wszedł dobrze zbudowany mężczyzna w garniturze. Tuż za nim wszedł niski mężczyzna, z rudą brodą i w jarmułce na głowie. Szef.
- To już koniec Robercie, wiesz, że nie mogę tego tak zostawić - powiedział .
- Wiem i ja również nie mogłem tego zostawić. To co się działo tutaj w firmie przez ostatnie lata... Nie pisałem się na to! Ujawnię wszystko co mam, a mam tego sporo. Pociągnę całą tą firmę na dno, a ciebie razem z nią!
- Nie wydaje mi się Robercie. Nie wiele czasu już ci zostało.
- Chuj z czasem, to i tak już się zaczęło. Pierwsze skany twoich brudnych dokumentów właśnie wysyłają się do stacji telewizyjnych, gazet i różnych serwisów informacyjnych. Już jest po tobie Ahron!
- Chyba się nie zrozumieliśmy Robercie. Czy ty na prawdę myślałeś, że pozwolę zniszczyć coś co budowałem ciężką pracą przez ostatnie dwadzieścia lat? Jest mi bardzo przykro, że będę musiał cie zabić. Byłeś dobrym pracownikiem i miałem nadzieję, że kiedyś przejmiesz po mnie tą firmę. Tylko ty się do tego nadawałeś. Ale ty wybrałeś inną drogę, chciałeś zniszczyć NAS! Tego się nie robi. Szkoda tylko, że zaszło to aż tak daleko, będę musiał zabić więcej ludzi, niż chciałem. Widocznie tak ma być.
- Nie ważne ile ludzi zabijesz! Informacja o twoich przestępstwach już pewnie idzie do drukarni i jutro rano wszyscy zobaczą nagłówek w porannych gazetach "Ahron Eichmann odpowiedzialny za przestępstwa na skalę światową oraz wielokrotne morderstwa". Tak, drogi Ahronie. Możesz mnie zabić, możesz zabić dziennikarzy, dyrektorów stacji telewizyjnych, a i tak nie cofniesz czasu.
- A więc żegnaj Robercie Claytonie. Zostajesz zwolniony. Igor zapozna cie teraz z procedurą i pomoże ci zabrać twoje rzeczy z gabinetu.
Igor złapał Roberta z koszulę i cisnął nim o biurko. Clayton nawet nie próbował się bronić, wiedział, że nic to nie da i nawet jeśli cudem wygrałby pojedynek z tym ruskim mafiozą to za drzwiami jest jeszcze dwóch. Pogodził się ze swoim losem i czekał tylko, aż Igor wyciągnie broń i wystrzeli pocisk w jego czoło. W końcu, po prawie dziesięciominutowym katowaniu Roberta, rzucaniu nim o wszystkie meble w pomieszczeniu, łamanie rąk, nóg, żeber, nosa, palców zarówno u rąk jak i u stóp, Rosjanin sięgnął pod poły marynarki i wyciągnął pistolet. Clayton który w tym momencie w kałuży swojej krwi, wił się z bólu, znalazł resztki sił aby uklęknąć, unieść głowę i spojrzeć w oczy swojego oprawcy.
- Zrób to - wyszeptał przez napuchnięte, zalane krwią wargi.
Padł ostateczny strzał.




