webriddles

Cześć! Wreszcie się przełamałem aby założyć własnego bloga. W związku z tym będę tutaj, od czasu do czasu, zamieszczał jakieś posty, Jedne bardziej związane z moim życiem inne mniej. Myślę iż moje teksty będą nawiązywały do takich tematów jak muzyka, informatyka, film, turystyka, życie prywatne i "inne". Serdecznie zapraszam do lektury :)

Koniec

niedziela, 25 lipca 2010

Tak, podjąłem tą decyzję. Kończę prowadzenie tego bloga. Koniec bajek, koniec pierdół o moim prywatnym życiu itd. Czemu? Bo nie czuję potrzeby prowadzenia bloga, nie mam co pisać, a przede wszystkim nie mam na to czasu. Jednak w blogach ważna jest systematyczność z czym od zawsze były u mnie problemy. Tak więc jest to ostatni post. Możliwe jest jednak, że kiedyś tutaj wrócę, napiszę co u mnie słychać, ale nie liczyłbym na zbyt szybko. Żegnam...

Etykiety:

Vanitas vanitatum, et omnia vanitas

środa, 7 lipca 2010

Podobno dawno nie pisałem, to dzisiaj napiszę. Od razu uprzedzam, że notka nie będzie zbyt optymistyczna, ponieważ niedawno wróciłem z pracy, jestem zmęczony, a to z reguły idzie w parze z moim podwyższonym poziomem wkurzenia. No więc tak, praca generalnie mi się podoba, tylko, że jest strasznie męcząca. Cóż taka jest w sumie praca fizyczna, męczy człowieka, ale też na ogół jest dobrze płatna. Poza tym lubię to co robię i sprawia mi to satysfakcję. Myśląc o tegorocznych wakacjach myślę głównie o tym, czy się wyrobie ze wszystkim, co mogę odpuścić kosztem czegoś innego. Przez te wakacje czeka mnie do zrobienia 6-7 stron int. do tego kolejna sesja zdjęciowa do filmu, prawo jazdy, Sorontar, praca itd. A chciałbym jeszcze gdzieś pojechać, coś zwiedzić. eh...

Vanitas vanitatum, et omnia vanitas

Etykiety:

Fantazjada The Movie

niedziela, 4 lipca 2010

Obejrzałem dzisiaj zmontowane sceny z naszego filmu. Jakość słaba, bo montował Kamil pewnie na mało wydajnym sprzęcie plus utrata jakości podczas kompresji. Ogólnie pozytywnie, fajnie wszystko wygląda. Najbardziej mnie martwi dźwięk który jest marnej jakości, ale postaramy się coś z tym zrobić. Pod koniec sierpnia kolejna sesja zdjęciowa, jak zwykle nie chce mi się, ale trzeba będzie dać radę. To by było chyba na tyle... :-P

Etykiety:

Nowa wersja FSA czyli FSA v.2.0

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Jak mus to mus. Może zacznę od tego co to jest FSA. Jest to Fantazjadowy System Akredytacyjny, który został uruchomiony na ostatnią edycję Fantazjady. Pierwsza wersja sprawdziła się całkiem dobrze. Co prawda nie obeszło się bez fuck up'ów np. gubienie zgłoszeń, wywalenie polskich znaków na parę dni przed imprezą, ale w ogólnym rozrachunku wypadło całkiem nieźle. Po weekendowym spotkaniu w Warszawie (nienawidzę tego miasta) wróciłem do domu z kilkoma kartkami specyfikacji nowego FSA. Dla przeciętnego użytkownika który widzi tylko formularz internetowy zmieni się wygląd i dojdzie kilka dodatkowych pól. Ale jak każdy medal wygląda każdy wie i jest też jego druga strona. Formularz to tak na prawdę tylko ułamek tego systemu. Stara wersja umożliwiała jedynie pokazywanie postaci, edytowanie ich, tworzenie i wysyłanie odprawek i w sumie tyle. Nowa wersja, będzie bardziej rozbudowana. Oczywiście zmieni się design, dodam trochę JavaScript, z opcji będzie na pewno zaawansowany panel obsługi tagów, powiązań rodzinnych itd. Generalnie czeka mnie sporo roboty przy tym projekcie, ale jak już go skończę to mam nadzieję, że będę z niego dumny.

Etykiety: , , ,

.

wtorek, 25 maja 2010

Była noc. Daleko na horyzoncie stał jeździec zamachał flagą i odjechał. To był znak. Zaczęło się. Jesteśmy w dupie powiedział do siebie Slainin. Miał racje, nawet nie wiedział jak bardzo. W twierdzy było tylko dwa tysiące zdolnych do walki mężczyzn, a tam, za wzgórzem dziesięć razy tyle, wyszkolonych w sztuce zabijania wojowników. O świcie wszystko miało się zacząć. Zapasów żywności starczy spokojnie na miesiąc, ale kto po takim czasie będzie jeszcze przy życiu? Nikt. Jeszcze nikt nie przeżył oblężenia przez tych dzikusów, zwłaszcza kiedy prowadzi ich sam Al'Hazim. Tylko cud może nasz ocalić, ale cuda się nie zdarzają, nie jemu. Slainin stał jeszcze tak przez chwilę w oknie po czym zaczął się szykować. Szykować na śmierć. Zbroja wciąż wyglądała znakomicie. Błyszcząca, ze złotymi zdobieniami, z najlżejszych stopów metali, a przy tym twardsza niż skała. Bez draśnięć, bez wgnieceń. Wyglądała dokładnie tak samo jak w dniu pierwszej bitwy. Miecz, przekazywany z ojca na syna, pamiętał jeszcze początki pierwszej ery. Po jego ostrzu spływała krew pierwszych najeźdźców, a mimo to wciąż był ostry. Slainin poprawił jeszcze raz wszystkie pasy i sprzączki, wsunął miecz do pochwy u pasa, wziął hełm pod pachę i wyszedł. Słońce już się obudziło ze swego snu i pokazało swe pierwsze promienie. Na dziedzińcu zebrali się wszyscy zdolni do walki. Większość stanowili chłopcy w wieku trzynasty, może czternastu lat. Nie znali się na walce, ale wiedzieli, że muszą walczyć, żeby przeżyć. Każdy z nich miał miecz. Starsi, którzy umieli posługiwać się łukiem stanęło na murach. Na zielonej równinie pod twierdzą już stanęły katapulty, trebusze, wieże oblężnicze. Żołnierze Al'Hazima już gotowali się do walki. Słychać było ich śmiechy, ich pieśni zagrzewające do walki.

c.d.n.

Etykiety: ,

DeviantArt

środa, 19 maja 2010


Rzadko wchodzę na ten serwis, ale dzisiaj postanowiłem zobaczyć czy nie mam jakiś nowych wiadomości, czy są jakieś ciekawe prace itd. No i faktycznie są nowe, przepiękne prace, ale też jest nowy design Devianta. Trochę się zdziwiłem, jak na taki duży serwis nic wcześniej nie wiedziałem o nadchodzących zmianach. Nigdzie nie natrafiłem na żadną wiadomość, jakoby serwis ten planował jakieś zmiany. No ale stało się. Teraz wygląda to bardziej jak galeria obrazów z dużą ilością JavaScriptu, wszystko działa płynnie i generalnie wygląda to całkiem fajnie. Osobiście, pomimo, że naprawdę rzadko tam zaglądałem, przyzwyczaiłem się do starego designu, ale też jestem mało narzekającym użytkownikiem i pewnie miast marudzić, przyzwyczaję się do nowego wyglądu i nowych funkcji. Ciekawi mnie opinia osób, które codziennie przesiadują na dA.

Etykiety:

Odpłynąłem

wtorek, 18 maja 2010

Wstałem dzisiaj rano i pomyślałem sobie: "Damn! Ale jestem w dupie. Jutro fizyka, po jutrze polski, a ja mam jeszcze dwie książki do przeczytania". Ubrałem się, umyłem, wyszedłem z psem bo dzisiaj moja kolej. Zjadłem śniadanie i wziąłem się za czytanie "Kłamcy". Siostra zbierając się na uczelnie mówi, że wyjdzie z psem i już jedzie. Odpowiedziałem jej, że nie musi bo przecież ja już byłem. Zdziwiła się, bo przecież to jej kolej dzisiaj była. Chwila, przecież mamy dzisiaj środę pomyślałem. Zacząłem się z nią sprzeczać, że nie ma racji, że dzisiaj jest środa, a wtorek był wczoraj. Fail... jednak to ona miała rację. Kurde, ja na prawdę myślałem, że dzisiaj jest środa, a wczoraj myślałem, że jest wtorek... Kurde, trochę mnie przeraża jak tak o tym myślę. Ale cóż, jest też pozytyw. Zyskałem jeden dzień więcej na czytanie książek :-) À propos, zabieram się dalej za ich czytanie. Eh...

Etykiety:

Pomysł cd.

piątek, 7 maja 2010

Wczoraj pisałem o nowym-starym pomyśle. Dzisiaj od razu zabrałem się za jego tworzenie. Na razie jest okay. Wszystko działa jak należy. Prawdopodobnie kod jest strasznie amatorski, na razie mi to jednak nie przeszkadza (pewnie zacznie, jak będę miał klika-set podobnie wyglądających funkcji i w którejś się coś sypnie. Pewnie dało by się je wtedy zapisać jako jedna uniwersalna funkcja). Jeszcze dużo pracy przede mną, ponieważ na razie zająłem się tylko warstwą UI, a jeszcze zostaje cały rozbudowany system po stronie serwera i interakcja z nim poprzez AJAX'a. Eh... Chyba poczekam na kolejną edycję Startup School i pocieszę się tylko 5% zysku...

Etykiety:

Stary-nowy pomysł

czwartek, 6 maja 2010

Dzisiaj miałem ochotę napisać o filmie który obejrzałem. Miała to być recenzja, ale niestety nie jestem w tym dobry. Za to napiszę o moim pomyśle na który wpadłem jakieś dwa lata temu, w międzyczasie o nim zapomniałem, a dopiero teraz mi się przypomniał. Czy mówić coś o tym pomyśle? Chyba jeszcze trochę za wcześnie. Jak to często u mnie bywa, mam jakieś pomysły, plany i na tym się kończy, więc w sumie nie wiem jeszcze co z tego wyjdzie. Jeżeli jednak uda mi się go wcielić w życie to może za rok usłyszycie o nowym startup'ie. Powiem tylko tyle, że pomysł wydaje mi się być ciekawy, trudny do realizacji, ale myślę, że ma też szansę zaistnieć na rynku dłużej niż tylko na chwilę.

Etykiety: ,

Robert E. Clayton cz.1

czwartek, 29 kwietnia 2010

1:21 A.M.,
Washington D.C.



Robert wciąż siedział w swoim biurze na 12 piętrze wieżowca przy New Hampshire Ave. Jego biurko, na którym zwykle panuje nienaganny porządek teraz było zapełnione stertą chaotycznie rozrzuconych kartek papieru sygnowanych firmową pieczątką, taczki walały się po całym gabinecie. Robert choć zawsze spokojny i starannie ubrany teraz był niespokojny. Marynarka już dawno została rzucona na kanapę, a koszula przepocona, pognieciona i porozpinana. Gdyby teraz ktoś wszedł do jego gabinetu pewnie by go nie poznał. Ludzie przywykli do jego pedantyczności, do jego dbałości o najmniejsze szczegóły. Nazywali go angielskim hrabią, przez jego nienaganne maniery. No właśnie, ale gdyby ktoś teraz wszedł do jego gabinetu, co wtedy? Nie powinno go tu być, a już na pewno nie z tymi wszystkimi papierami. Takie myśli nie dawały mu spokoju. Krążyły po jego głowie i nie chciały jej opuścić, wtedy zaczynał się bardziej pocić. Wiedział jedynie, że to co robi jest słuszne i bez względu na konsekwencje musi to robić dalej. Kończył już skanować jedną kupkę dokumentów, to go trochę pocieszyło, że już coś zrobił i może zdąży z tym wszystkim do czasu, aż nie zaczną przychodzić do pracy pierwsi pracownicy. W pokoju panował półmrok. Clayton siedział siedział przy zapalonej na biurku lampce, nie chciał zwracać zbytniej uwagi, na pewno nie teraz. Wiedział, że musi się pospieszyć. Drzwi do gabinetu otworzyły się. Już było za późno. Do środka wszedł dobrze zbudowany mężczyzna w garniturze. Tuż za nim wszedł niski mężczyzna, z rudą brodą i w jarmułce na głowie. Szef.
- To już koniec Robercie, wiesz, że nie mogę tego tak zostawić - powiedział .
- Wiem i ja również nie mogłem tego zostawić. To co się działo tutaj w firmie przez ostatnie lata... Nie pisałem się na to! Ujawnię wszystko co mam, a mam tego sporo. Pociągnę całą tą firmę na dno, a ciebie razem z nią!
- Nie wydaje mi się Robercie. Nie wiele czasu już ci zostało.
- Chuj z czasem, to i tak już się zaczęło. Pierwsze skany twoich brudnych dokumentów właśnie wysyłają się do stacji telewizyjnych, gazet i różnych serwisów informacyjnych. Już jest po tobie Ahron!
- Chyba się nie zrozumieliśmy Robercie. Czy ty na prawdę myślałeś, że pozwolę zniszczyć coś co budowałem ciężką pracą przez ostatnie dwadzieścia lat? Jest mi bardzo przykro, że będę musiał cie zabić. Byłeś dobrym pracownikiem i miałem nadzieję, że kiedyś przejmiesz po mnie tą firmę. Tylko ty się do tego nadawałeś. Ale ty wybrałeś inną drogę, chciałeś zniszczyć NAS! Tego się nie robi. Szkoda tylko, że zaszło to aż tak daleko, będę musiał zabić więcej ludzi, niż chciałem. Widocznie tak ma być.
- Nie ważne ile ludzi zabijesz! Informacja o twoich przestępstwach już pewnie idzie do drukarni i jutro rano wszyscy zobaczą nagłówek w porannych gazetach "Ahron Eichmann odpowiedzialny za przestępstwa na skalę światową oraz wielokrotne morderstwa". Tak, drogi Ahronie. Możesz mnie zabić, możesz zabić dziennikarzy, dyrektorów stacji telewizyjnych, a i tak nie cofniesz czasu.
- A więc żegnaj Robercie Claytonie. Zostajesz zwolniony. Igor zapozna cie teraz z procedurą i pomoże ci zabrać twoje rzeczy z gabinetu.
Igor złapał Roberta z koszulę i cisnął nim o biurko. Clayton nawet nie próbował się bronić, wiedział, że nic to nie da i nawet jeśli cudem wygrałby pojedynek z tym ruskim mafiozą to za drzwiami jest jeszcze dwóch. Pogodził się ze swoim losem i czekał tylko, aż Igor wyciągnie broń i wystrzeli pocisk w jego czoło. W końcu, po prawie dziesięciominutowym katowaniu Roberta, rzucaniu nim o wszystkie meble w pomieszczeniu, łamanie rąk, nóg, żeber, nosa, palców zarówno u rąk jak i u stóp, Rosjanin sięgnął pod poły marynarki i wyciągnął pistolet. Clayton który w tym momencie w kałuży swojej krwi, wił się z bólu, znalazł resztki sił aby uklęknąć, unieść głowę i spojrzeć w oczy swojego oprawcy.
- Zrób to - wyszeptał przez napuchnięte, zalane krwią wargi.
Padł ostateczny strzał.

The Boondock Saints II: All Sanits Day

poniedziałek, 26 kwietnia 2010


Tak dzisiaj dwa posty. Właśnie wsłuchuję się w soundtrack z tego właśnie filmu "The Boondock Saints II: All Sanits Day". Do pierwszej części filmu niestety nie ukazał się oficjalny album z muzyką z filmu, ale ten błąd nie został popełniony w tej części. Muzyka jest na prawdę rewelacyjna. Motyw irlandzki jest widoczny niemal w każdym utworze. W sumie nie ma co pisać o tej płytce, ją po prostu trzeba przesłuchać! :-)


A teraz coś o soundtracku z "The Pacific" czyli nowego serialu Toma Hanksa i Stevena Spielberga. Co prawda jeszcze tego soundtracku nie przesłuchałem, ale zdziwiło mnie, albo może "zdziwiło" to nie jest odpowiednie słowo, zaskoczyło mnie to iż robił ją między innymi Hans Zimmer. Zobaczymy jak mu wyszło :-)

Etykiety:

Podsumowanie weekendu

Na tym zdjęciu mam rude włosy... o.O
Generalnie było średnio. Niby wszystko fajnie, ale jednak coś było nie tak. Ale może zacznę najpierw od pozytywnych rzeczy. Ludzi byli cudowni. Na prawdę bardzo mi się miło spędzało z nimi czas. Zobaczyłem się z niektórymi osobami, z którymi na co dzień się rzadko widuję. Fajnie się z nimi bawiłem :-). Nagraliśmy sporo mniejszych scen i zrobiliśmy kawał dobrej roboty. Myślę, że z wyjazdu na wyjazd, nasze umiejętności się rozwijają. Nie wszystko jednak było takie pozytywne. Było zimno i męcząco, a to nie jest najlepsze połączenie. Jedno z moich najbardziej znienawidzonych, które niestety lubi się często powtarzać na takich wyjazdach. Do tego, jakoś tak nie chciało mi się wcześniej jechać i o ile z reguły mam takie uczucie przed wyjazdami, to ono zawsze odchodziło kiedy wyjazd już się zaczął. Tym razem jednak tak nie było. Cały czas miałem wrażenie, że lepiej by było gdybym nie pojechał, ale cóż stało się. Czyli reasumując, tego wyjazdu nie mogę zaliczyć do udanych mimo iż całkiem nieźle się bawiłem.

Etykiety:

Bajka cz.4

wtorek, 20 kwietnia 2010

Doris była już po kilku kolejkach piwa w jakiejś przydrożnej karczmie. Tego jej było właśnie trzeba. Po ostatnim zadaniu martwiła się trochę o małą Judi, ale wiedziała, że teraz będzie dobrze, kapłani ze świątyni Teska dobrze się nią zaopiekują i poduczą ją w jej zdolnościach. Drzwi do karczmy otworzyły się, a w nich stanął stary mężczyzna z długą siwą brodą, gdzie nie gdzie widniały jeszcze rude włosy z minionych lat. To był Helmir, stary przyjaciel i niegdyś trener Doris. Teraz jedyna osoba z którą mogłaby porozmawiać o wszystkim, oczywiście jeżeli są akurat w tym samym mieście. Helmir podszedł do stolika Doris i zajął miejsce na przeciwko niej.
- Słyszałem, że nieźle się spisałaś w tej świątyni. Moje gratulacje. Od razu wiedziałem, że dasz radę z tym zadaniem.
- Witaj Helmirze, dobrze Cie widzieć. Chyba jestem już trochę zmęczona tym całym moim "fachem". Może już czas się jakoś ustatkować. No wiesz, kupić dom i siedzieć na dupie.
- Chyba nie dałabyś rady tak żyć, ale odpoczynek na pewno by Ci się przydał. Zamiast marudzić lepiej opowiedz mi jak tego dokonałaś.
- No więc. Kiedy jechałam pustynią dość szybko skończyła mi się woda. Na szczęście dość szybko znalazłam wodopój. Kiedy tak napełniałam sakwy wodą, zjawili się trzej rabusie. Na początku chcieli mnie obrabować, ale się nie dałam. Za to zaproponowałam im układ. Oni mieli mnie zanieść do świątyni jako umierającą z pragnienia i wycięczenia, a ja w zamian im zapłacę i to całkiem nieźle. Tak właśnie trafiałam do świątyni. Przez cały czas udawałam, że jestem nie przytomna, to było straszne. Byłam bardziej zmęczona po całym dniu niż po tygodniowym treningu. No ale cóż, taka praca. Potem to już sprawa sama się układała tak jak planowałam. Poznałam Judi, musiałam się najpierw upewnić czy to ona. A samo morderstwo to chyba wiesz jak mi poszło.
- No dobra, ale jak Ci się udało stamtąd tak szybko uciec. Skąd wzięłaś przygotowane konie i tak dalej?
- Otóż w tej świątyni była kapłanka o imieniu Vera. To ona zaoferowała się z pomocą. Obiecała mi przygotować konie, jedzenie na kilka dni i wodę, w zamian za zabranie z tą Judi. Nie wiem jaki miała w tym interes, nie moja sprawa. Widocznie obie na tym skorzystałyśmy.
- Jestem z Ciebie dumny Doris.

Koniec.

Etykiety:

Upadamy żeby powstać

niedziela, 18 kwietnia 2010

Upadamy żeby powstać, tak... Życie to ciągła walka, to ciągłe wchodzenie pod górę którą sami sobie tworzymy. Nikt nie powiedział, że to łatwa praca, a ścieżka którą kroczymy jest równa, bez wystających kamieni, bez gałęzi o które potyka się noga. Nie, tą ścieżkę sami sobie budujemy. Dokonujemy wyborów, my, nie ktoś inny. Czasem tylko są rzeczy nie zależne od nas. Czasem spadnie deszcz i droga staje się trudniejsza, czasem zawieje silny wiatr i wtedy upadamy. Ale to jest cały czas ten sam powód, niektórzy mówią, że to Bóg wystawia nas na ciężką próbę, inni, że to los, przeznaczenie. Uzasadnienie jest to samo, upadamy żeby powstać. Kroczymy ciężką drogą, wspinamy się ku szczytowi, walczymy o przetrwanie. Ale kiedy wreszcie dojdziemy na szczyt. Staniemy tam i spojrzymy w dół. Zobaczymy całą tą drogę, cały trud jaki włożyliśmy w dotarcie aż tutaj. Wtedy zrozumiemy wszystkie nasze zachwiania, zwątpienia, upadki. Wtedy będziemy wolni.

Etykiety:

Hans Zimmer - Pearl Harbor

sobota, 17 kwietnia 2010


Przeglądając moją muzykę na komputerze, nie mając co włączyć włączyłem sobie Hansa Zimmera. W końcu playlista doszła do soundtracku z Pearl Harbor. Nie wiedzieć czemu do tej pory jakoś go omijałem. A tu nagle słyszę pierwsze brzmienia i po prostu... wraa! To jest genialne! Ostatnio się zraziłem do Zimmera prze muzykę do filmu "Sherlock Holmes" (strasznie mi się nie podoba). Ale Pearl Harbor to prawdziwy majstersztyk. Muzyka szybka, dynamiczna, a przy tym oddająca klimat. Na prawdę świetny soundtrack, zawierający to co lubię (no może oprócz fortepianu), ale jest genialna sekcja smyczkowa, uwielbiam to! :-)

Etykiety:

Nowy pomysł

czwartek, 15 kwietnia 2010

Ostatnio po głowie zaczyna mi chodzić pomysł, aby jakoś bardziej zainteresować się produkcją filmową. W sumie kręci mnie bardzo dużo rzeczy związanych z filmem. Lubie oglądać filmy, słuchać muzyki filmowej, lubię wiedzieć jak się robi filmy. Jak zaczęliśmy robić własny film kurde, zaczęło mi się podobać. Co prawda średnio podoba mi się granie, tzn. to jest fajne, ale nie jeżeli jest się głównym bohaterem i trzeba się nauczyć tańczyć (wrr...). Zdecydowanie wolę w tym całym przedsięwzięciu, bawić się w dźwiękowca, patrzeć czy oświetlenie jest odpowiednie, czy kamera stoi na właściwym miejscu, czy wszystkie elementy dekoracji i rekwizyty są na właściwym miejscu itd. O wiele większą frajdę sprawia mi cała ta otoczka w okół produkcji filmowej, całe te zaplecze kuchenne i cały ten proces powstawania karpatki, którą później widzowie pożerają swoim wzrokiem. Mógłbym być takim Clintem Eastwoodem, który reżyseruje swoje filmy, tworzy do nich muzykę i gra w nich główne role. Człowiek kombajn! Tylko, że ja, tak jak już wcześniej pisałem, wolałbym mniej grać :-P Nawet zacząłem się zastanawiać czy nie znaleźć sobie jakiejś takiej fuchy, ja wiem, pomocnik na planie filmowym. Mógłbym wtedy zobaczyć jak to wygląda, bo podejrzewam, że nasza produkcja filmowa daleko odbiega od tego jak to na prawdę wygląda. Mam w planach zakup paru książek jednego wydawnictwa :
  • Format Scenariusza Filmowego
  • Jak napisać scenariusz filmowy
  • Sztuka Produkcji filmowej (na tej książce mi jak na razie, najbardziej zależy)
  • Światło w filmie
  • Dźwięk w filmie

Jak widzicie, jest tego sporo, a książki też do najtańszych nie należą. Może sobie przez wakacje kupię ze dwie, trzy. Zobaczymy. Generalnie, to nie jest rzecz którą można robić hobbistycznie, tu już trzeba poświęcić więcej swojego czasu i pieniędzy, więc decyzja filmowaniu jest dość ciężka do podjęcia. Koniec.

P.S. Nie lubię jak mi się plany na przyszłość zmieniają.

Etykiety:

Dzień wczorajszy

niedziela, 11 kwietnia 2010

Nie planowałem opisywać wczorajszego dnia, a tym bardzie tego wypadku lotniczego, ale gdzie nie spojrzeć tam wszędzie o tym trąbią! Onet, telewizja, Antyweb, forum fantazjady, photoblog Czakiego (chociaż tutaj już mniej) i co najgorsze... mój mail! Co prawda, tylko z pytaniem czy nie mógłbym zmienić kolorystyki forum i strony na czarno-biały, ale też w kontekście wczorajszego wydarzenia. Więc teraz napiszę co ja o tym wszystkim myślę. Generalnie, nie przejąłem się tym. 96 osób zginęło, ale w Polsce takie codziennie ginie przynajmniej tyle samo i nikt jakoś o tym nie mówi. Polska konstytucja jest na tyle przemyślana aby radziła sobie z takimi sytuacjami kiedy nie ma prezydenta (nie będę tutaj opisywał jak to wygląda). Bardziej mnie już martwi fakt, iż gospodarka trochę podupadnie, jutro NBP opublikuje najnowsze kursy walut oraz wyniki na giełdzie i zobaczymy. W sumie, żałuję, że nie mam jakiś sporych oszczędności bo jutro można by całkiem nieźle zagrać na giełdzie. Ale trochę odchodząc od katastrofy, ale dalej będąc przy dniu wczorajszym. Dla mnie ten dzień był jednym z najlepszych w ostatnim czasie. Całe południe spędziłem z fantastyczną dziewczyną i na prawdę było mi bardzo miło. Myślę, że ten dzień bardziej zapamiętam jako dzień spędzony z Kasią, a nie jako dzień w którym zginął Lech Kaczyński. Może to i trochę egoistyczne podejście, ale świat pełen jest egoistów. Czuję się patriotą i solidaryzuje się ze wszystkimi w tej stracie, ale na prawdę, ile można o tym gadać?! Jeszcze jakby media miały coś sensownego do powiedzenia, a nie tylko nakręcania atmosfery po to tylko alby zwiększyć sobie oglądalność. Po co zadają pytania typu "Jak do tego doszło?", "Czy to wina samolotu?", "Czy zawinił pilot?", pytam się po co?! Czy na prawdę w tej chwili wszyscy ludzie poczują się lepiej, jak w mediach pojawi się informacja, że wypadek miał miejsce z winny złej pogody? Szczerze w to wątpię, bo tak na prawdę żadna informacja nie przywróci im życia. Rozpisałem się, i co prawda wiem, że przeczytają to dwie osoby to i tak chciałem to napisać.

Etykiety:

Fuck my life

czwartek, 8 kwietnia 2010

Puk, puk! Ej Ty, po drugiej stornie lustra, chyba już czas na Ciebie...

Etykiety:

Móc...

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Mógłbym, naprawdę mógłbym...

Etykiety:

Bajka cz.3

wtorek, 23 marca 2010

Mały Książę odleciał z planety pijaka. Ten dalej sączył wódkę z kolejnej butelki.
- Wszystko jest bezsensu. Picie jest bezsensu! Wódka jest bezsensu! No bo co takie sensownego jest w wódce?! Nic! Tylko kaca masz, albo rzygasz! Pijesz żeby zapomnieć. A co sensownego jest w piciu? Nic! Ja piję, żeby zapomnieć, że piję. Błędne koło zamknęło się i wciąż się kręci. Nie zatrzymam go bo było by to bezsensu. Nie umiałbym żyć w nowym świecie bez picia. Bezsensu! W ogóle co to za życie bez picia?! Każdy musi się czasem napić, każdy! Kwestią jest tylko to, co ludzie piją. Jedni piją herbatę, drudzy piją kawę, a jeszcze inni piją wódkę. Tak, ja jestem tymi ostatnimi. Będę pił wódkę bo tak lubię i nie muszę widzieć w tym sensu. To był mój wybór, jeszcze jak byłem młody. Każdy ma wybór, każdy ma własny. Tylko od Ciebie zależy którą drogą pójdziesz. Czy będziesz pił wódkę, czy wodę. Ale to też jest bezsensu, bo nawet jeżeli będę pił herbatę to co mi po niej? Napój jak napój, też z wody. A więc każdy napój jest z wody, więc każdy napój jest taki sam. Bezsens! Gdzie jest różnorodność!

Etykiety:

Wszedł na wzgórze, a zszedł z góry

poniedziałek, 22 marca 2010


Posłuchajcie
Dzisiaj trochę o muzyce, a mianowicie o soundtracku z filmu "The Englishman Who Went up a Hill But Came Down a Mountain". Muzykę tę skomponował nie jaki Stephen Endelman, nie miałem okazji go wcześniej przesłuchać, ale ta płyta jest wręcz magiczna. Irlandza muzyka w tle jest niczym narkotyk, a dopełniające ją inne dźwięki jak po prostu nie mogłyby być dobrane lepiej! Muzyka ta wypełnia mnie i jedyne co mogę powiedzieć słuchając jej to tylko "Ah...!", nie ma się do czego przyczepić, po prostu majstersztyk. Niestety, muzyka ta jest ciężko dostępna i na razie muszę się zadowolić słuchaniem 30s. kawałków na amazonie. No cóż, może z czasem to się zmieni. Są to dźwięki do których na pewno będę wracał i przy których będę się relaksował, a cała ścieżka dźwiękowa otrzymuje ode mnie, jakże prestiżową nagrodę, statuetkę "Polecam, Michał Osiński" ;-)

Etykiety:

Zapowiedź

piątek, 19 marca 2010

Wczoraj ktoś mi przypomniał, niechcący, o tym co obiecałem pisać na tym blogu. Jak możecie zobaczyć obok, zaraz pod tytułem bloga, miałem pisać o informatyce, o turystyce, o muzyce i, no właśnie, o filmach. Oglądam ich bardzo dużo, a wiedza o ich kręceniu i ogólnie o tworzeniu trochę się powiększa, zapełniając kolejne rekordy w umysłowej bazie danych. Także o ile na razie nie będę pisał o turystyce, ponieważ średnio mam środki na jakiś wypad w góry, to czemu nie miałbym pisać o muzyce, filmach i całej reszcie? Więc ten post jest zapowiedzią. Zapowiedzią nowej fali postów jakie, już nie długo, będziecie mogli przeczytać tutaj (albo też w innych zakątkach Internetu). Czekajcie cierpliwie :-)

Etykiety: ,

2+2=5

poniedziałek, 15 marca 2010

Naevus pigmentosus.
Excisio completa.

Znamię barwnikowe.
Wycięte w całości.

To oznacza powyższy tekst po łacinie, a tym samym moje wyniki. Generalnie nic mi nie jest. :-)

Etykiety:

Bajka cz.2

sobota, 13 marca 2010

Doris jechała już od dwóch tygodni na swoim koniu, Płotce. Była okropnie wyczerpana, zapasy żywności skończyły się dwa dni temu, a woda w bukłaku pozostała tylko w ilości kilku kropel. Była głodna, spragniona i zmęczona. Marzyła tylko o tym aby znaleźć się w jakiejś karczmie i zaspokoić swój głód, i pragnienie, i zasnąć długim, mocnym snem. Niestety, dookoła był tylko piasek. Na horyzoncie nie widać było ani żadnego miasteczka, ani też żadnej żywej duszy. I tak Doris błądziła od czternastu dni po pustyni. Najgorsze było słońce. To ono paliło jej skórę. To ono sprawiało, że bolały ją oczy i to przez nie była tak zmęczona. Na prawdę miała już tego dość. Na szczęści już zmierzchało. Noc będzie zimna, pomyślała Doris. To jedyna pociecha tutaj po tak upalnym dniu. Podniosła głowę i zobaczyła oazę. Na początku myślała, że to zwidy, ale nie, ona na prawdę tam była, a przy niej trzech mężczyzn poiło swoje konie. Podjechała do nich na bezpieczną odległość i z wycelowaną kuszą na największego z mężczyzn krzyknęła.
- Nie szukam zwady. Chcę tylko napoić swojego konia i uzupełnić zapasy wody, więc bądźcie tak mili i odsuńcie się trochę. Nie chcę żeby wam coś się stało. - Ledwo trzymała kuszę, ale wiedziała, że jeżeli będzie musiała walczyć to zrobi to. Walka nie potrwa długo. Ona jej nie przeżyje. Mężczyźni po krótkiej wymianie zdań w niezrozumiałym języku odsunęli się od wodopoju. Doris odczekała jeszcze chwilę, tak dla pewności, i podjechała. Gdy Płotka schyliła się aby napić się wody, Doris spadła. Zemdlała z wycięczenia.

***


Obudziła się w pokoju. Nie do końca wiedziała gdzie jest i w ogóle co się stało. Czuła się dobrze jednak była bardzo osłabiona. Usiadła na łóżku, zorientowała się, że ma na sobie zwiewną, lnianą koszulę. Rozejrzała się po pomieszczeniu. Zaraz obok łóżka, na krześle, leżały jej czyste i starannie złożone ubrania. Broń była oparta o krzesło. Z drugiej strony pokoju, na stoliku stał dzbanek z wodą i śniadanie. Doris nie miała sił żeby się podnieść z łóżka i sięgnąć po wodę. Opadła na słomiany materac i zasnęła. Obudziła się następnego dnia. Czuła się już znaczenie lepiej i nawet miała ochotę wstać z łóżka i przejść się po pokoju. Wstała i zobaczyła, że nie jest sama w pomieszczeniu. Na krześle przy drzwiach siedziała mała dziewczynka w wieku mniej więcej dziesięciu lat. Była drobna, a jej śliczna buźka zasłonięta ciemnymi, falowanymi włosami, uśmiechała się. Miała w sobie coś dziwnego, coś jakby wcale nie była dzieckiem. Jej oczy. Jej oczy, nie pasowały do tego dziecka. Wyglądały jak oczy starszej osoby zmęczonej życiem, a raczej bagażem doświadczeń jakie to życie jej zaoferowało. Było jeszcze coś co nie pasowało do reszty w tej dziewczynce. Zdecydowanie nie była stąd.
- Jak masz na imię? - zapytała mała dziewczynka.
- Doris, a ty?
- Judi. Skąd jesteś? - Doris pod wpływem tych pytań poczuła się jak na jakimś przesłuchaniu. Czy ta mała dziewczynka nie wie, że ledwo otarłam się o śmierć i teraz chciała bym tylko odpocząć.
- Znikąd. - odpowiedziała - Możesz mi powiedzieć co to za miejsce?
- Chyba nie powinnam, ale z drugiej strony niedługo i tak się dowiesz, więc co mi szkodzi. Jesteś w świątyni Matki Życia i Śmierci.
- Gdzie? - zdziwiła się Doris. Nigdy wcześniej nie słyszała o żadnym podobnym kulcie w tej części północnego Emiratu.
- No w świątyni. Nie martw się tu jest fajnie.
W tym momencie ktoś delikatnie zapukał w drzwi i nie czekając na pozwolenie wszedł. Była to dosyć młoda kobieta, w jasnych szatach.
- Witaj, nazywam się Vera, jestem starszą siostrą Matki Życia. Widzę, że już nie śpisz, więc może ubierzesz się zejdziesz na dół, wszystkie siostry już na Ciebie czekają.
- Dziękuję siostro. Zaraz zejdę, powiedź mi tylko co tutaj robię.
- Oh, nie pamiętasz. Tydzień temu trzej mężczyźni przywieźli cie tu. Byłaś w stanie skrajnego wyczerpania, gdyby nie oni pewnie byś zmarła. No, ale przywieźli Cie tutaj, a my się tobą zaopiekowaliśmy.
- Dziękuję. Oczywiście za wszystko zapłacę i jak tylko będę wstanie wsiąść na konia to nie będę wam przeszkadzać i pojadę w swoją stronę.
- Oczywiście, zrobisz jak ze chcesz, ale nam tutaj nie przeszkadzasz. Rzadko mamy gości i cieszymy się z każdych odwiedzin. Ale już wystarczy tego gadania. Razem z innymi siostrami będę na ciebie czekała w głównej sali.
Doris wstała z łóżka. Sprawiło jej to trochę problemu, bo dalej była osłabiona. Chciała się ubrać, ale przypomniała sobie, że mała dziewczynka nadal jest w pokoju.
- Mogła byś wyjść, chcę się ubrać.
- One wcale nie są takie miłe. - odpowiedziała, jakby zupełnie nie słyszała tego co mówi Doris. - One chcą Cie wykorzystać, zrobią z Ciebie ofiarę, a ty będziesz mogła tylko wybrać dla której matki chcesz złożyć ofiarę.
- O czym ty mówisz?!
- Lepiej się pospieszmy, jestem już trochę głodna. - Doris wydawało się, że dziewczynka gada zupełnie bezsensu i chyba sama nie zdaje sobie sprawy co mówi. Kiedy drzwi zamknęły się za Judi, mogła w spokoju się ubrać. Nie było to łatwe, ale w końcu jej się udało. Wyszła ze swojego pokoju, poszła korytarzem na prawo aż dotarła do spiralnych schodów. Zeszła po nich trzymając się poręczy. Schody od razu prowadziły do wielkiej sali. Wtedy usłyszała po raz pierwszy głos Wielkiej Matki. Świat zaczął jej wirować. Kolana odmówiły jej posłuszeństwa i nie utrzymały ciężaru ciała. Upadła. Zaczęła rzucać się po kamiennej posadzce, a z jej ust zaczęła sączyć się piana.
- Widzicie siostry! To ona! To jest nasza wybranka! - po całej sali rozległ się donośny głos. Bez wątpienia była to Wielka Matka. Zeszła ze swojego ciężkiego fotela, ustawionego na końcu stołu i powolnym krokiem zbliżyła się do Doris. Pochyliła się nad nią i rzekła - Siostry! Musimy zabrać ją do Matki...
- Śmierci - dokończyła za nią Doris. W tym momencie jej sztylet wbity w podbródek sięgnął już mózgu i zakończył żywot Wielkiej Matki. Korzystając z zaskoczenia jaki wywołała, Doris szybko podniosła się z ziemi i ściągnęła szaty które dostała od sióstr. Chwyciła Judi, która stała przy kolumnie obok, za rękę i razem z dziewczynką ruszyła w stronę wyjścia. Zanim inne siostry zareagowały, Doris i Judi jechały już przed siebie, za plecami zostawiając świątynie Matki Życia i Śmierci, która już nikomu nie zrobi krzywdy.

Etykiety:

2+2=?

środa, 10 marca 2010

Miałem iść najpierw we wtorek, ale stwierdziłem, że nie będę opuszczał zajęć w szkole. Stwierdziłem, że w takim razie pójdę dzisiaj. Normalnie mam na 9:50, ale tak się złożyło, że jeszcze nie mam dwóch angielskich, wiec do szkoły mam na 11:50. Wstałbym poszedł bym na 9 na zdjęcie szwów i po wyniki. To ojciec dzwonił czy są już wyniki czy nie. Są. Ale okazuje się, że trzeba się najpierw zarejestrować żeby je odebrać, o tym ojciec nie wspomniał. Więc wstaje sobie dzisiaj o 7:30, myje się, jem śniadanie, wyprowadzam psa. Pytam ojca czy na pewno nie trzeba się rejestrować po odebranie wyników, bo tak powiedział mamie, a ja na karteczce ze skierowaniem mam, że trzeba. A on na to, że tak, trzeba. No i chu... Dzwonie tam do nich, najpierw zajęte. Po jakich 15min wreszcie się dodzwoniłem. Zarejestrowałem się na 15 marca, czyli poniedziałek. Niby szybko, ale po co kurde, wstawałem dzisiaj o 7:30?! Mogłem wstać o 10 i bym się wyspał. Jestem... trochę wkurzony, ale to nie jakoś bardzo, bardziej mam wszystkiego dosyć. Chyba tyle na dzisiaj. Pewnie kolejna notka w poniedziałek.

Etykiety:

Dzień kobiet

poniedziałek, 8 marca 2010

Już od czterech lat ta tradycja żywa
Męskie plemię wciąż pisuje i nie odpoczywa
Ten wiersz poświęcony będzie Wam w całości
Chwalić będziemy Wasze cnoty i krągłości
Choć niektóre ich nie mają to cieszą nas strasznie
Gdy ładnie się ubiorą i uśmiechną rubasznie


Kobiety te co piękne i te niedoskonałe
Wszystkie jakieś mają, duże albo małe
Oczy które piękne są i pociągające
Tak samo jak usta Wasze, piękne i kuszące
Nogi Wasze smukłe niosą nas w odmęty
W których natrafiamy na podłe zakręty


Gąszcze nam niestraszne ani złe potwory
Bo Wy nam robicie przepyszne przetwory
Choć dzieli nas wszystko, a nie scali nic
Zawsze nas pociąga wasz ponętny…
Mówimy o zaletach bo przecież nie o dżemie
Musimy chyba kończyć bo tracimy powodzenie


Zatem w święto Wasze jakże uroczyste!
Wódki kolorowe lepsze są niż czyste


Wasze zdrowie
My wznosimy
Jeszcze nad tym pomyślimy

Czerny
Olson
Osa


W tym szczególnym dniu Wszystkiego Najlepszego wszystkim kobietom!

Przedmiotowść

wtorek, 2 marca 2010

Dire Straits - Brothers In Arms

Dawno nie pisałem. Jedną z najbardziej wnerwiających mnie rzeczy w życiu jest, zaraz po czepianiu się i hipokryzji, traktowanie ludzi niczym przedmioty. Wszystkie polecenia bez żadnego "proszę", "czy mógłbyś" itp. od jakiegoś czasu spotkają się z moją asertywnością na jednym ringu MMA, gdzie wszystkie chwyty są dozwolone i i wygrywa silniejszy. Często ta słowna walka, jest bolesna, przynajmniej dla mnie, bo nie wiem jak druga strona to odbiera, wykrzyczane zdania, które po części tylko są prawdą, trafiają celniej i zadają większe obrażenia. Jednak, ja mam już dość takiego traktowania. Będę walczył do końca, choćby nie wiem jak miałoby się to skończyć. Już mi nie zależy. Jeszcze tydzień temu mi zależało i będąc jedyną osobą w domu która patrzyła trzeźwym okiem na całą sytuację, oceniałem ją neutralnie i nie obwiniałem teraźniejszego przeciwnika, zbierając po dupie najbardziej ze wszystkich. A teraz... teraz jest mi już wszystko obojętne. Chyba już dawno pogodziłem się z tym, że nie mam ojca...

Etykiety:

Pewien pomysł

czwartek, 18 lutego 2010

Wpadłem dzisiaj na pewien pomysł. Na razie utrzymam go w tajemnicy, ale mogę powiedzieć, że pierwsze kroki zostały już poczynione, a jak to się mawia "najtrudniejszy pierwszy krok". Wiem, że czekać mnie będzie dużo pracy z tym projektem, ale mam nadzieję, że podołam. Generalnie jest to projekt bardziej dla mnie. Większości z was raczej on nie zainteresuje, ale może i tak spojrzą z ciekawością na niego :-)

Etykiety: , ,

0Rh-

środa, 17 lutego 2010

Mam zamiar oddać krew w piątek. Czemu akurat w piątek? Bo tylko w tym tygodniu mogę oddawać krew, bo później z powodu zabiegu mam 6-miesięczną przerwę. Więc pytanie, ktoś chce iść ze mną? Podzielę się czekoladą :-)

Etykiety:

Bajka

sobota, 13 lutego 2010

Była noc. Służąca miejscowego kupca właśnie wyszła z domu wylać brudną wodę z kąpieli wielmożnego. Poszła za dom, gdzie skarpa schodziła w stronę małej rzeczki rozlewającej się na łąkę, wzięła zamach i chlusnęła wodą z miednicy na skarpę. Westchnęła ze zmęczeni, odwróciła się i sobaczyła je. Wielkie, żółte ślepia wpatrujące się w nią. Ogromne kły sterczące ze zwierzęcej paszczy z której jęzor zwisał, ociekając odrażającą śliną. Ale to nie był zwierz, każdy mieszkający trochę dłużej niż tydzień w Vilmorze dobrze wiedział jaki straszliwy sekret skrywa ta, z pozoru spokojna, mała miejscowość kupiecka. Każdy słyszał w nocy wrzaski, nieszczęśników, którzy wyszli z domu po zmroku i nie mieli na tyle szczęści, żeby do nich wrócić. Każdy znał tutaj małą Rose. Niegdyś śliczną dziewczynkę lubiącą bawić się swoimi długowłosymi, blond lalkami. Ale Rose już nie była tą małą dziewczynką, nie w noc przy pełni księżyca. Teraz Rose w dzień spała w swoim sarkofagu, a w nocy wychodziła na łowy. Biedna służąca, już nigdy więcej nie zobaczyła swoich dzieci. Został tylko po niej palec i parę zakrwawionych szmat.
Słońce ledwo wyłoniło się na horyzoncie, a w gabinecie burmistrza Vilmorza huczało.
- Przeklęta dziwka! To już dwunasta osoba, którą ta smarkula wpierdzieliła na kolację! Jej stary ma szczęście, że zmarł z rozpaczy bo osobiście nabiłbym go na hak! I co ja mam zrobić?! Całe miasto boi się wychodzić z domów nawet za dnia!
- Może spalić ją za dnia, razem z tym jej sarkofagiem?
- Oszalałeś Dangris?! Jak ona tylko zacznie się palić to od razu wyskoczy i pozabija całą mieścinę! Tu trzeba jakieś szamana czy cuś, oni się znają na takich dziwactwach.
- Nie panowie - zabrał głos burmistrz. Gruby, starszy facet, z siwą brodą - w naszej sytuacji chyba nie ma żadnego rozwiązania.
Drzwi do gabinetu otworzyły się, a do pokoju wpadł jeden z gońców straży miejskiej.
- Burmistrzu, melduję, że, tneteges, do miasta przybyła właśnie ta, no, jak jej tam? No ta łowczyni z Gwidionu, ta od tych no, od bazyliszków.
- Znaczy się Doris?
- No o właśnie! Właśnie przybyła do miasta i pytała się gdzie burmistrza znaleźć, to mnie kapitan wysłał, żebym zawiadomił...
- Że zaraz przyjdę - Odezwał się damski głos, a do pomieszczenia weszła niezbyt wysoka, młoda dziewczyna. Od razu można było spostrzec, że znała się na bazyliszkach. Miała to samo spojrzenie co te gady. Była raczej blada, a jej ciemne włosy jeszcze bardziej podkreślały jej kolor skóry. - Słyszałam, że macie tutaj jakieś kłopoty
- E... tak, panno Doris - zająkał się burmistrz - Ale to chyba nie dla takiej delikatnej osóbki jak pani.
- To się jeszcze okażę. Wyciągaj kasę na stół, a ja Ci powiem co za to mogę zrobić z waszym problemem.
- Hola! Jeszcze nikt nie mówił o wynajmowaniu Ciebie, panno Doris. Słyszeliśmy o twoich wyczynach w innych prowincjach Księstwa, ale to tylko plotki.
- Słyszeliśmy też, że trochę inaczej wygląda Doris - pogromczyni bazyliszków - odezwał się jeden z radnych burmistrza.
- Pewnie to, że jestem grubsza, tak? To są plotki. Zapewniam panów, że wszystko co słyszeliście o moich osiągnięciach to czysta prawda. To jak będzie z tą waszą bestią? Płacicie, czy mam jechać dalej, do innego miasteczka?
Mężczyźni spojrzeli po sobie, kiwnęli jednomyślnie z lekkim jednak grymasem na twarzach.
- Płacimy. 300 złotych jurenów i ani glita więcej.
- Może być. To gdzie jest ta wasza przyjaciółeczka?

***


Dochodziło już do północy. Doris kroczyła sama przez zarośnięty już cmentarz. przecinała gęste paprocie, aż doszła do właściwego miejsca. Niestety, spóźniła się, sarkofag był już otwarty. Bestia wyszła na łowy. Nie mogła jednak pójść gdzieś daleko, północ właśnie wybiła na zegarach w ratuszu. Doris poczuła na sobie czyjś oddech. Wiedziała, że to może być mała Rose. Nie odwróciła się. Wiedziała, że jak się odwróci będzie już po niej. Bestia nie da jej czasu na tyle aby wzięła zamach mieczem i odrąbała jej głowę. Rose zrobi to pierwsza. Doris jednak wiedziała co może zrobić. Musiała tylko zaryzykować, kto będzie pierwszy ona, czy dziewczyna zmieniona w bestię? Doris zebrała wszystkie siły w sobie. Skoczyła do przodu, wprost do sarkofagu. Bestia zareagowała instynktownie. Jej wielkie pazury rozpruły pancerz Doris. Plecy także. Łowczyni jednak wykorzystała siłę tego ciosu i zdążyła się obrócić tak, aby do trumny upaść na plecy. Bestia ruszyła za nią. Skoczyła wprost do swojego sarkofagu. I zawyła przeraźliwie. We wszystkich domach w Vilmorze zapaliły się nagle światła. Wszyscy się zastanawiali czy łowczyni przeżyje. Doris odrzuciła ciało bestii. Wyciągnęła miecz z jej truchła i jednym ciosem odrąbała jej łeb.
- Zdychaj bestio. Żegnaj Rose.

Etykiety:

...

piątek, 12 lutego 2010

Perfect - Niepokonani

Ciężki dzień. Dopadł mnie głęboki duł. W sumie nie wiem czemu. Cały czas, wszystko po mnie spływało (albo przynajmniej, nie rozpaczałem tak jak cała rodzina), ale teraz dziwne poczucie bezradności, zbliżającego się końca. W sumie nie wiem czemu. Okay, dawno stwierdziłem, że długo nie pożyję. Czuję to po prostu. Ale dzisiaj nie chodziło o to. Nie wiem, w ogóle o co w tym wszystkim chodzi. Już wcześniej pisałem, że koniec z Osą jaki był wcześniej, a teraz to chyba na prawdę się dzieje. Wiem ta notka jest strasznie bez sensu, niespójna, bez logiki, a blog coraz bardziej przypomina emo-blog. Trudno. Ale muszę coś napisać bo inaczej wybuchnę. Kurde, na prawdę nie wiem co jest grane. Depresyjny nastrój nie odpuszcza. Okropne uczucie. Takie... Bezsilność. Vanitas marność, to jest czym w takich chwilach się czuję. Wiem, że to głupia myśl. Fuck! Nie piszę już więcej bo tylko coraz więcej osób będzie się martwić. Nie lubię tego.

Nie traktujcie tej notki poważnie. To są moje przemyślenia w stanie lekkiego załamania psychicznego, więc nie należy się nimi przejmować, a już na pewno nie należy nawiązywać do tej notki w jakiejś rozmowie ze mną. Koniec.

Etykiety:

3 luty...

sobota, 6 lutego 2010

No tak, zaległa notka. Obiecałem, że się pojawi więc słowa dotrzymać muszę. Na początek gwoli wyjaśnienia, nie napisałem jej w środę ponieważ odcięli mnie od internetu źli ludzie (mieli to zrobić dopiero w piątek). No, ale zmierzając do 3 lutego.

Więc... byłem u onkologa. Najpierw oczywiście musiałem wyczekać się swoje w kolejce. W tym czasie wypełniłem oświadczenie, niby normalna rzecz, jakieś moje dane upoważnienie osoby, aby lekarz miał kogo informować o moim zdrowiu itd. Wszystko cacy, oprócz punktu drugiego, który ni w chu... bił pełnią optymizmu. "2. W razie mojej śmierci upoważniam niżej wymienioną osobę do otrzymania mojej pełnej dokumentacji medycznej". Optymistyczne podejście do tematu, nie ma co. No więc po godzinnym czekaniu na korytarzu, wreszcie wyczytano moje nazwisko i mogłem wejść do gabinetu. Tam powiedziałem co i jak, lekarz spojrzał na moje znamię (trochę to dziwnie brzmi, trochę jak z Harrego Pottera, albo coś) i powiedział coś w stylu: "No to duże raczej trzeba wyciąć, reszta... no może w sumie zostać." Oczywiście głosem bez przekonania. Tak więc po 2 min w gabinecie, wyszedłem ze skierowaniem na operacje wycięcia kawałka pleców. Termin mam na 22 lutego między godziną 9, a 11.

Na dzisiaj to chyba tyle. Mimo wszystko trochę się rozpisałem :-)

Etykiety:

Głupota...

wtorek, 26 stycznia 2010

Ostatnio utwierdzam się w przekonaniu, że jestem najgłupszą osobą jaką znam (no, oprócz paru osobników którzy nie liczą się w rankingu). Swoją możliwą sytuację traktuję jako wymówkę od mojego lenistwa, jako pretekst do rzucenia szkoły i stania się egoistą. Chyba jestem za głupi żeby zdawać sobie sprawę co mnie tak na prawdę czeka. Na szczęście, są też zmiany które dla mojej sytuacji powinny być raczej normalne. Lęk przed przyszłością powinna mi towarzyszyć od początku, a tym czasem dopada mnie dopiero teraz i to też bardziej za sprawą mojego egoizmu. Ciągle tylko ubolewam nad tym, że mogę czegoś nie zrobić np. nie nauczyć się grać na fortepianie, nie wejść na jakiś szczyt itp. Zawsze myślałem, że najbliżej mi do realisty, ale ostatnio zaczynam w to wątpić i skłaniam się raczej ku pesymizmowi. Pewnie część osób które czytają moją notkę i wiedzą o co tak na prawdę tu chodzi powiedzą, że jest to normalne. Nie! Dla mnie nie. Przecież nie jestem masą, jestem jednostką zdolną do samodzielnego istnienia, do samodzielnego myślenia, a nie podążania za tłumem. Pesymizm. To jest to co mnie najbardziej wkurza w tym wszystkim. Przypominając sobie dawnego siebie, z reguły uśmiechniętego i rozśmieszającego innych, teraz to tylko kolejna maska, tym razem założona dla samego siebie, abym mógł się oderwać od ponurej rzeczywistości. Jestem na prawdę głupi, bo nie boję się tego co mnie czeka, tylko boję się, że stracę szanse na spełnienie marzeń, na zrobienie coś dla siebie. Sporo osób próbuje mnie pocieszyć, że wszystko będzie dobrze, ale sam już nie wiem, czy tego chce. Jakaś część mnie chce, żeby wszystko było dobrze, ale druga... Druga połowa chyba, chce żeby sprawdził się ten najczarniejszy scenariusz. Jak na razie ona chyba wygrywa.

12:00-13:00 3.02.2010r. - ta data może odmienić całe moje życie. Jaki po niej będę, nie wiem. Jedno wiem na pewno. Tego dnia będzie następna notka która wtajemniczy wszystkich ciekawskich. Idę tam sam, mimo iż parę osób chętnie by mi towarzyszyło i jestem im na prawdę bardzo wdzięczny za troskę, to jednak postanowiłem zmierzyć się z tym sam. Bez względu co czeka mnie za drzwiami numer 108, nacisnę za klamkę i przejdę przez próg.

Koniec.

Zaczynam pisać jak jakieś EMO

Etykiety:

Życie...

piątek, 15 stycznia 2010

Ostatnio coraz częściej zastanawiałem się nad swoim. Zastanawiałem się co chce tak na prawdę w nim robić, do czego dojść i co osiągnąć. Pomysłów jest dużo, większość raczej niebezpieczna i przez to pociągająca. Ale plany to nie wszystko. Plany mają jeden poważny minus - nie przewidzisz wszystkiego. Chodź by nie wiem jak bardzo ktoś by się starał przewidzieć wszystkie możliwości i tak zdarzy się coś czego nie przewidzieliśmy. Jedna taka mała nieprzewidziana rzecz i może zrujnować nam nasze marzenia, plany. Tak to już w życiu bywa i nic na to nie poradzimy. Ale co wtedy? Co wtedy, kiedy nasze plany poszły w zapomnienie? Czy się poddać i uruchomić plany awaryjne? Czy może zebrać w sobie wszystkie siły i walczyć z przeciwnościami losu? Jeszcze parę dni temu powiedziałbym: "Don't Give Up", ale teraz skłaniałbym się ku opcji drugiej. Plan awaryjny. Chyba mogę powiedzieć, że w razie czego go mam. Raczej się nie spodoba innym, ale mam nadzieję, że zrozumieją. Plan ten ma na celu jedną prostą rzecz, za wszelką cenę spełnić swoje marzenia. Podejście trochę egoistyczne, ale o bliskich mi osobach na pewno nie zapomnę. Niemniej jednak mam nadzieję, że tego planu nie będę musiał realizować i za kilka dni albo tygodni, będę mógł schować go z czystym sumieniem do szuflady i przywalić innymi papierami, żeby zapadł w niepamięć.

Etykiety:

O Naszej-klasia słów kilka

czwartek, 7 stycznia 2010

Nasza-klasa od dzisiaj ma zmieniony design, powiedźmy. Muszę powiedzieć, że jak tylko pojawiły się maleńkie ludziki symbolizujące zmiany na stronie, myślałem, a może miałem nadzieję, że zmienią całkiem szatę graficzną. Niestety zmiany jakie wprowadzili to tylko zamiana favicona, loga i rozciągnięcie strony tak aby była lepiej dopasowana do rozdzielczości 1024x768 pikseli, a nie jak wcześniej 800x600. Na prawdę chciałem, aby pozbyli się tego zielonego tła połączonego z niebieskimi elementami strony... Nasza-klasa to wciąż portal, który próbuje utrzymać liczbę użytkowników publikując coraz to dziwniejsze i nie potrzebne aplikacje ("nktalk", "Śledzik" itp.). Z drugiej strony, ma ten plus, że faktycznie pozwala utrzymać kontakt ze znajomymi z dawnych szkół i nie tylko.

Etykiety:

Marek Krajewski - Głowa Minotaura

piątek, 4 grudnia 2009


Tak. Książka bardzo dobra, świetny kryminał, który trzyma w napięciu przez większość opowieści. Klimat książki, który autor z na prawdę umiejętnie osadził w Lwowie lat trzydziestych minionego wieku, działa na czytelnika wielce obrazowo. Każdy opis dzielnicy momentalnie pojawia się w głowie i przenosi nas na miejsce akcji. Może teraz parę słów o fabule. A więc jest rok 1937 dwóch policjantów Eberhard Mock i Edward Popielski wspólnie prowadzą śledztwo w sprawie wyjątkowo brutalnego gwałciciela i mordercy o skłonnościach kanibalistycznych, Minotaura, Który na terenie Polski i Niemiec, gwałci, morduje i odgryza policzki dziewicom - wychowankom sierocińców. Zagadka owej bestii jest zagmatwana, wielowątkowa i przy tym napełniona wieloma smaczkami.

Na początku podniosły styl autora może odstraszać (tak było też i w moim przypadku), ale później się przyzwyczajamy i dochodzimy do wniosku, że tylko ten styl w pełni oddaje charakter głównych bohaterów, którzy są niewiarygodnie inteligentni, oczytani, a przy tym nierzadko chamscy i prostaccy w swoich swawolach z nierządnicami.

Zachęcam wszystkich miłośników kryminałów i nie tylko do tej pięknej historii z, mimo wszystko, smutnym zakończeniem. A ja zajmę się zgłębianiem innych dzieł tegoż oto autora.

Etykiety:

Ubuntu vs. Windows

Chyba czas wrócić do systemu ze stajni Microsoftu. Ubuntu jest fajnym systemem, ale brak niektórych programów zaczyna być irytujący. Photoshop by się bardzo przydał, a Gimp mnie przerasta. Nawet przyzwyczajenia z phpDesigner 2009 skłaniają mnie to ponownej zmiany systemu operacyjnego. Szkoda, że nie mam na tyle dużego dysku, aby mieć zainstalowane dwa systemy na raz (Ubuntu zżera ok. 3GB, a Win XP ok. 2GB). Może z czasem się dorobię większego. Rozwiązaniem może też być kieszeń na drugi dysk, montowana w miejsce napędu DVD, ale wtedy pozbawię się możliwości odtwarzania płyt co raczej w ogóle nie wchodzi w grę. No cóż, reasumując to mimo wszystkich plusów jakie posiada owa dystrybucja Linuxa, dla bardziej wymagających użytkowników lepszym rozwiązaniem jest Windows XP.

To by było chyba na tyle z tego wpisu.

Etykiety:

Ubuntu cz.2

sobota, 21 listopada 2009

Tym razem zaktualizowałem sobie system do wersji 9.10, jest bardzo fajna. Poprawiono większość błędów z v.9.04, ale niestety nie obeszło się bez nowych. Istnieje parę, na szczęście nie uprzykrzających życie, np. błędy z grafiką, a dokładniej cieniami. W tej wersji dodano także kolejny komunikator, nie testowałem go jeszcze, ale wydaje mi się, że jest to zamiennik Skype. Nie wiem po co go dodali skoro Skype jest dostępny na Linuxa. No cóż nie moje zmartwienie, miejsca dużo nie zajmuje, używać też go nie muszę, więc niech sobie będzie.




Ostatnio znalazłem także bardzo ciekawą rzecz. Mianowicie naklejki na komputer typu "Powered by Ubuntu". Po więcej informacji odsyłam was do grupy która za darmo udostępnia takie naklejki: kliknij tutaj

Etykiety:

Ubuntu cz.1

wtorek, 27 października 2009

A więc od początku tego tygodnia, a w zasadzie to od zeszłego weekedn'u pracuję na dystrybucji Linuxa pod nazwą Ubuntu. Pierwsze wrażenia są na prawdę bardzo pozytywne. Szokiem dla mnie był fakt, że skaner który nie działał pod Win XP, nagle bez żadnego bawienia się w sterowniki zaczął działać! Generalnie wszystko działa jak należy. Brakuje mi niestety paru programów do których się już przyzwyczaiłem np. phpDesigner, Adobe Photoshop CS3 czy nawet Gadu-Gadu. Na szczęście są linuxowe odpowiedniki tych programów (oczywiście IHMO gorsze) jak np. Bluefish, Gimp, Kadu. Za jakiś czas napiszę więcej na temat mojego spotkania z Ubuntu. Dzisiejszą notkę ozdobię ładnym screenem mojego pulpitu, gdzie widać jak wygląda interface systemu (i moją rozmowę z Marleną, którą serdecznie pozdrawiam z tego miejsca :P).

~Screenshot of my desktop

Etykiety:

Skany

Dzisiaj zaprezentuję moją twórczość z ostatniego tygodnia. Zainstalowałem Ubuntu i mój skaner zaczął działać, więc mogłem wreszcie po skanować, nie prosząc o to nikogo ze znajomych. Dobra, ale żeby nie przedłużać, oto one. Dwa skany. Na pierwszym:

~Zenon Kowalsky
Miły starszy pan, z pochodzenia polak, wyemigrował do USA w czasie II.w.ś. i już tam pozostał, nigdy nie odwiedzając swojej ojczyzny.



Natomiast drugi skan, przedstawia miłego robota o wdzięcznym imieniu R01Y09, który pokazuje swój bunt przeciwko działaniom człowieka.

~Robot R01Y09

Etykiety:

Work Office

poniedziałek, 19 października 2009

Dobra, wreszcie uprzątnąłem śmieci z biurka. Oto jak wygląda moje stanowisko pracy w domu :-)


W sumie nie miałem aż takiego dużego bałaganu na biurku, tylko że jestem leniwy i mi się wcześniej nie chciało.

Etykiety:

Opowiadanie cz.1

piątek, 2 października 2009

Obraz z DeviantArt.com by ~jethrun

Po długiej nieobecności, natchniony blogiem koleżanki, postanowiłem zawitać w swoje progi. Jak zawsze kiedy wracam z dalekiej podróży odprowadziłem konia do stajni, ściągnąłem z niego siodło, wyczesałem i nasypałem owsu do koryta. Obłocone buty z wysokimi cholewami zostawiłem na ganku, wraz z przemoczonym płaszczem. Lało tego dnia jak z cebra, a nawet jeszcze gorzej. Człowiek czół się jak by stał pod wodospadem otoczony ścianą wody. Na szczęście w izbie było ciepło i przytulnie. Grumin, zaprzyjaźniony gnom, zawsze dbał o mój dom podczas moich nie obecności. Porządny z niego gość. Przemarznięte nogi zamoczyłem w gorącej wodzie, kiedy Grumin podał mi ciepłą kolację
- Jak było, Sam? - spytał.
- Wiesz jak to jest kiedy samotnie jeździsz miesiącami za jednym celem, a on zawsze wyprzedza Cię o krok. Chyba jest już na to za stary Grumin.
- Ty?! - roześmiał się gnom dokładając do kominka. - Ty jesteś jak ten, no... Maloy. Gość ma już sześćdziesiątkę na karku, a dalej łapie tych konowałów. To prawdziwy twardziel, spotkałem go raz w Demilnocie. W tamtejszej karczmie sam rozwalił czterech młodzików. Było to chyba z pięć, a może sze...
- To wszystko zaczyna mnie wykańczać. Nie mam już sił uganiać się za bandziorami, sypiać w lasach, w zimnie. Wszystkie kości mnie już bolą od tego spania na ziemi. Chyba już czas się ustatkować, wiesz rodzina te sprawy.
- O czym ty mówisz?! Jesteś najlepszym łowcą głów w imperium, Sam! Każda kobieta oddałaby wszystko żeby się tylko z tobą przespać. Chyba zapomniałeś już, że nie jesteś byle łowcą, nie pracujesz na jakiś wsioków którzy chcą żeby znaleźć ich córki które poszły dawać dupy w innej wsi. Jesteś Sam Klainvil! Najlepszy z najlepszych. Tylko Maloy może ci dorównać!
- Może masz rację, może po prostu muszę się przespać. Jadę jutro do miasta, możesz zabrać się ze mną. - rzucił na odchodnym i trzasnął drzwiami do swojej izby.
- Baby mu trzeba, psia jego mać! Będzie mi tu marudził sukinkot, że jest za stary, że go plecy bolą! Chyba potrzebuje porządnej roboty!

c.d.n.

Etykiety:

Biblioteka cz.1 - czyli co aktualnie czytam

niedziela, 26 lipca 2009

Aktualnie czytam dwie książki. Pierwsza jest o tematyce górskiej, a dokładnie o wyprawie na K2 w 1986r. Jest to szczególnie ważny rok dla wszystkich alpinistów, a zwłaszcza dla polaków. Dlaczego niby jest to tak ważny rok, zapytacie. A no dlatego że tegoż właśnie roku u podnóża drugiej co do wielkości góry świata i najniebezpieczniejszej ze wszystkich ośmiotysięczników, zebrało się dziewięć grup, które chciały zdobyć tą górę. Wśród nich byli także Polacy. Niestety, góra wtedy postanowiła zebrać obfite plony i ofiarować je w ręce Śmierci. Zabrała wtedy trzynastu śmiałków, w tym trzech polskich alpinistów: Dobrosława Miodowicz-Wolf, Tadeusz Piotrowski i Wojciech Wróż. Wracając do książki. Jest to relacja Jim'a Currana. Nosi tytuł "K2. Triumf i tragedia". Postanowił ją napisać, jak sam powtarza w książce, aby uspokoić swoje myśli i powiedzieć społeczeństwu wspinaczy co tam się tak naprawdę stało.
Co prawda jeszcze nie skończyłem jej czytać (prawdę mówiąc dopiero zacząłem), ale mogę powiedzieć z czystym sumieniem polecić tą książkę, każdemu który interesuje się wspinaczką wysokogórską.



Druga książka to zupełnie coś innego. Całkowicie oderwanego od prawdziwej, dzikiej przyrody. Jest książka pt. "CSS i Ajax. Strony WWW zgodne ze standardami sieciowymi W3C", autorstwa zbiorowego: Christopher Schmitt, Kimberly Blessing, Rob Cherny, Meryl K. Evans, Kevin Lawver, Mark Trammell. Książka z branży IT. Bardzo dobra, ale na jej temat innym razem. Napiszę więcej, jak przez nią przebrnę.
P.S. Czekam na książkę Jeo Simpsona - Dotyk pustki. Napisze więcej w kolejnej części.

Etykiety:

Etykiety a szablon klasyczny

środa, 22 lipca 2009

P.S. Dokonałem wyboru. Na razie postawie to tak jak opisałem w opcji 2. a kiedyś (czyt. jak będę miał wolny czas) to zrobię to już pożądnie, według opcji 1.
Kolejne rozczarowanie ze strony Bloggera. Coraz mniej mi się ten skrypt podoba, ale jeszcze nie testowałem Joggera więc siedzę cicho :) Do rzeczy. Dzisiaj chciałem sobie zrobić na blogu "Etykiety" czyli standardowe kategorie postów, jak to się nazywa na innych portalach blogowych. Więc poszukałem w Google jak to zrobić, znalazłem rozwiązanie bardzo szybko (w jakieś 5 sek.). Cała magia sprowadza się do tego że wystarczy przejść na zakładkę "Układ" i dodać odpowiedni gadżet. No właśnie problem w tym że u mnie nie ma takiej zakładki jak "Układ", jest natomiast "Szablon" gdzie nie ma nic o gadżetach itp. No i znowu w ruch poszło narzędzie wyszukujące Google, ale tym razem niestety bez owocnego zakończenia. Sterty przeszukanych forów, artykuły pomocy Bloggera, grupy dyskusyjne, inne blogi. Nic, gdzie była by podpowiedź jak to zrobić. Okazuje się, że mam tryb "Szablon klasyczny" gdzie nie ma obsługi widżetów. Przede mną dwa rozwiązania:
  • 1. Przepisać szablon do normalnego trybu z obsługą dodatków i cieszyć się moim designem i różnymi pluginami. (trochę uciążliwe i pracochłonne na początku, za to później ułatwiające życie)
  • 2. Zostawić tak jak jest i zrobić manualnie kategorie (po prostu listę z linkami do etykiet. Najprostsze rozwiązanie, ale upierdliwe do końca żywotności bloga, bo przecież nie przewidzę wszystkich możliwych etykiet które z czasem będę dodawał do postów)

No cóż do przemyślenia. Zobaczymy jak będę miał czas to może pokuszę się o zrobienie opcji pierwszej :) Jedno jest pewne Blogger nie jest jak na razie najlepszą platformą do blogów. Crash testy z jazdy z Joggerem wkrótce!

Etykiety:

CSS Design

wtorek, 21 lipca 2009

Dawno temu natknąłem się na ciekawą animację zrobioną przez Vinay'a Kumara. Animacja powstała po przez robienie screenshot'ów za każdym razem, kiedy autor zapisywał stronę.

http://mboffin.com/stuff/designline-openair.gif

Dla mnie ta animacja ma charakter podbudowujący, refleksyjny, a nawet czasami śmieszny.
  • Podbudowujący dlatego, że kiedy mi coś nie wychodzi i zaczynam się wściekać, wystarczy że sobie włączę tą animację i się uspokajam. Dociera do mnie że za pomocą CSS można stworzyć bardzo wiele rzeczy i trzeba tylko trochę cierpliwości i można się nauczyć całej magi.
  • Refleksyjny ponieważ, wciąż są osoby które używają ramek, stosują niesemantycznego kodu, a o CSS może usłyszą za dwa lata.
  • Śmieszny, bo pokazuje jak łatwo można zrobić ciekawą stronę używając HTML i CSS. Naśmiewający się właśnie z "ramkowców".

Mam nadzieję, że wam też spodoba się ten animowany gif'ek!

Etykiety: ,

Fail

czwartek, 16 lipca 2009

Fail, ale na szczęście nie taki znowu wielki. Dlaczego fail? Ponieważ
  • Nie można zmienić favicona!
  • Bardzo ograniczone modyfikowanie szablonu i w ogóle tworzenie własnego!
  • Wszystkie obrazki do szablonu trzeba wgrywać z zewnętrznego serwera!
  • Brak opcji kategorii postów. Było by fajniej.
Ale, spokojnie, są też plusy Bloggera :-)
  • Dosyć przyjazny Panel administracyjny
  • Bardzo fajne, górne menu administracyjne na blogu. Wszystko co trzeba pod ręką :-)
Teraz będę testował bloga na joggerze. Za parę dni także i tam zrobię mój design. Z tego co na razie zaobserwowałem, ma bardziej rozbudowany system tworzenia własnego szablonu. No ale wszystko okaże się już niebawem, jak coś zacznę tam tworzyć. Dla wszystkich chętnych, chcących śledzić moje poczynania na joggerze podaję link do niego: webriddles.jogger.pl. Do zobaczenia!

P.S. Grzebiąc bardziej w ustawieniach bloga, znalazłem fajne opcje które trochę usprawniają jego działanie. Blogger trochę więcej zyskał w moich oczach ;-)

Etykiety:

Design

P.S. Mały update :-)


Nie bedę już pisał nowego postu, więc tylko dopiszę parę słów tutaj. Zmieniłem design i to już chyba wersja ostateczna. Co prawda ciągle coś dodaję, poprawiam jakieś szczególiki (bo przecież to właśnie wśród nich tkwi diabeł), ale bardziej widocznej zmiany już nie będzie. Przynajmniej na razie, bo kto wie czy za rok mi się nie zmieni koncepcja.

Jak widać trochę się zmienił. Jest to cały czas wersja beta i w przeciągu kilku dni, tygodni na pewno się jeszcze zmieni. Nie mam w głowie żadnej koncepcji więc sam jestem ciekawy jaki będzie efekt końcowy. Po głowie chodzi mi za to myśl, o stworzeniu filmiku z serii "making of". Zobaczymy co z tego wyjdzie ;-)

Etykiety: , ,

Słowem wstępu

środa, 15 lipca 2009

A więc... Kiedyś trzeba zrobić pierwszy krok i napisać coś na blogu :-P Myśląc nad tym, co by tu napisać, doszedłem do wniosku, że mój pierwszy wpis powinien mieć charakter swoistego wprowadzenia. No wiecie, jak lekcja organizacyjna w szkole, zapoznanie się z regulaminem i systemem oceniania. Także, nie przedłużając.

Zasada nr. 1:
- Nie będę pisał postów za często bo nie mam na to czasu. Więc, drogi czytelniku, nie musisz odwiedzać mojego bloga za często bo ja tego też nie będę robił :-P

Zasada nr. 2:
- Jestem z natury, osobą kontrowersyjną, chamską, lubiącą wyśmiewać wszelkie wyższe wartości życiowe. Zatem może zdarzyć się tak iż pewnego słonecznego dnia, w jakiejś odległej krainie, gdzie życie było proste a ludzie... Wróć...! To nie ten wpis :-) Zatem, może zdarzyć się tak, że w moim wpisie obrażę czyjeś poglądy, czyjąś wiarę itd. i to całkiem świadomie. Jednakże nie miejcie mi tego za złe. Taki już jestem. Trochę może jak Dr. House.

Zasada nr. 3:
- Zastanawiam się czy istnieje w ogóle jakaś zasada numer 3? Możliwe, że tak, jednak mi nic na ten temat nie wiadomo :-)

Do następnego wpisu!

Etykiety: