3 luty...
sobota, 6 lutego 2010
No tak, zaległa notka. Obiecałem, że się pojawi więc słowa dotrzymać muszę. Na początek gwoli wyjaśnienia, nie napisałem jej w środę ponieważ odcięli mnie od internetu źli ludzie (mieli to zrobić dopiero w piątek). No, ale zmierzając do 3 lutego.
Więc... byłem u onkologa. Najpierw oczywiście musiałem wyczekać się swoje w kolejce. W tym czasie wypełniłem oświadczenie, niby normalna rzecz, jakieś moje dane upoważnienie osoby, aby lekarz miał kogo informować o moim zdrowiu itd. Wszystko cacy, oprócz punktu drugiego, który ni w chu... bił pełnią optymizmu. "2. W razie mojej śmierci upoważniam niżej wymienioną osobę do otrzymania mojej pełnej dokumentacji medycznej". Optymistyczne podejście do tematu, nie ma co. No więc po godzinnym czekaniu na korytarzu, wreszcie wyczytano moje nazwisko i mogłem wejść do gabinetu. Tam powiedziałem co i jak, lekarz spojrzał na moje znamię (trochę to dziwnie brzmi, trochę jak z Harrego Pottera, albo coś) i powiedział coś w stylu: "No to duże raczej trzeba wyciąć, reszta... no może w sumie zostać." Oczywiście głosem bez przekonania. Tak więc po 2 min w gabinecie, wyszedłem ze skierowaniem na operacje wycięcia kawałka pleców. Termin mam na 22 lutego między godziną 9, a 11.
Na dzisiaj to chyba tyle. Mimo wszystko trochę się rozpisałem :-)
Etykiety: Ogólne
<< Strona główna